9 czerwca minęła 102. rocznica urodzin Edwarda Salamona – bieczanina, który w wieku 21 lat został aresztowany przez gestapo i trafił do niemieckiego nazistowskiego obozu koncentracyjnego Auschwitz. Dzięki temu, że był młody, silny i wysportowany, miał odporny organizm, a także nie była mu obca praca fizyczna, przetrwał prawie pięć lat straszliwego życia w obozie śmierci. Udało mu się przeżyć pomimo nieustannego głodu, bicia, torturowania, poważnej choroby, operacji, a także pracy ponad siły, bez odpowiednich ubrań i przy niesprzyjającej pogodzie. Widmo śmierci czaiło się wszędzie, a każdy dzień w obozie mógł być dniem ostatnim. Wierzył w Opatrzność Bożą, że dotrwa do końca wojny, powróci do swojej ukochanej matki, bliskich i rodzinnego Biecza. Dla niego oprócz zachowania życia istotne było to, że dzięki wpojonym w domu zasadom moralnym, przebywając w nieludzkich warunkach, pozostał nadal człowiekiem i jak sam pisał w liście – nie stał się bandytą.

Edward Salamon urodził się 9 czerwca 1919 roku w Bieczu. Był najmłodszym z piętnaściorga dzieci Stanisława Salamona – mistrza ślusarskiego, późniejszego burmistrza Biecza i Karoliny z domu Cetnarowicz. Sześcioro rodzeństwa zmarło wkrótce po urodzeniu. Przeżyły dwie siostry (Maria, Emilia) i sześciu braci (Alojzy, Antoni, Hieronim, Władysław, Adam, Jan). Edward uczęszczał do Szkoły Powszechnej w Bieczu, a następnie do Państwowego Gimnazjum im. Marcina Kromera w Gorlicach, gdzie zdał maturę w 1937 roku. Będąc młodym chłopcem trenował piłkę nożną i grał w KS Karpatia w Gorlicach. Po uzyskaniu świadectwa dojrzałości studiował medycynę na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Jego plany i marzenia pokrzyżował jednak wybuch II wojny światowej.

22 sierpnia 1940 roku został schwytany przez gestapo podczas pierwszej łapanki w Bieczu. Ten dzień zadecydował o całym jego życiu. Wyszedł z domu, aby zrobić zakupy i oddać chleb krewnym. Spotkał znajomego, który ostrzegał go, że w mieście gestapo aresztowało jego dwóch kolegów. Miał zamiar zaraz wrócić do domu. Gdy udał się do piekarni, wszedł za nim mężczyzna, który okazał się gestapowcem w cywilu i zagadnął go pytając o zabytki naszego miasta. Właścicielka piekarni, pani Maria Janusz domyślając się zagrożenia, zasugerowała Edwardowi, aby nie rozmawiał z nieznajomym, lecz uciekł tylnym wyjściem. Młody chłopak nie zdawał sobie sprawy z powagi sytuacji. Był to okres, kiedy nie słyszało się jeszcze o obozach. Znając bardzo dobrze język niemiecki, prowadził z Niemcem rozmowę i wyszli razem w kierunku kościoła farnego w Bieczu, a potem Ratusza. Tam zastał już pięciu innych kolegów, sprowadzonych w celu aresztowania. Jeden z nich ukrył się jednak wśród urzędników, a drugi, który był pracownikiem kopalni, ze względu na wykonywaną pracę został wypuszczony. Całą czwórkę (Edwarda, Ludwika Bartusiaka, Adama Młodeckiego i Jana Müllera) odwieziono do więzienia do Gorlic. Zatrzymanych było już około 40 osób, m.in. dwóch jego profesorów i trzech bieckich kolegów, schwytanych w Gorlicach. Przeważającą liczbę aresztowanych stanowiła młodzież gimnazjalna. Wszystkich złapano na ulicy, a ich jedyną winą było to, że byli Polakami, przynależnymi z racji wykształcenia do inteligencji polskiej.

Wieczorem tego samego dnia Edward Salamon i jego koledzy zostali przetransportowani ciężarówką do Jasła, gdzie przebywali w celi bez łóżek. Niedługo później trafili do więzienia w Tarnowie. Tam wprawdzie spali na żelaznych pryczach, ale otrzymywali bardzo małe porcje jedzenia i cierpieli głód. Po kilku tygodniach więziennej codzienności nastąpiła kolejna zmiana ich pobytu – tym razem o wiele gorsza. Więźniowie myśleli, że być może zostaną wywiezieni na roboty, ale prawda okazała się brutalna.

8 października 1940 roku ich pociąg wjechał na stację w Auschwitz. Transport liczył około 400 osób, głównie z Podkarpacia, a także Krakowa, Niepołomic, Bochni i Tarnowa. Bici przez SS-manów przeszli przez przedsionek piekła, czyli bramę obozową. Po ostrzyżeniu włosów i symbolicznym prysznicu Edward otrzymał bieliznę, pasiaki i numer obozowy 5815. Pierwszą kolację stanowił bochenek chleba na trzy osoby, kawałek kiełbasy i minimalna ilość słodkiej kawy.

Kwarantanna, czyli miesięczny okres po przybyciu do obozu, kiedy więźniowie nie szli jeszcze do pracy, był największą udręką. Hitlerowcy zamierzali doprowadzić osadzonych do roli małych, bezbronnych istot, bez cienia oporu podporządkowanych władzom obozowym. Jedną z metod był tzw. „sport” – więźniowie musieli wykonywać rozmaite ćwiczenia, np. taniec z rękoma podniesionymi w górę, toczenie się po ziemi, przysiady, kaczy chód, żabki, bieganie przez błotnisty staw itp. Na każdym kroku byli poniżani i bici bez powodu.

Edward Salamon nie stracił kontaktu z rodziną, gdyż w początkowym okresie funkcjonowania obozu można było przesyłać listy, a nawet otrzymywać paczki od bliskich i drobne kwoty pieniężne. Według obowiązujących wtedy zasad, więzień mógł dwa razy w miesiącu wysyłać listy do rodziny, które musiały być pisane tylko po niemiecku. Korespondował głównie ze swoją matką, nie pisząc jej prawdy o obozowym życiu z powodu cenzury. W zachowanych listach zawsze podkreślał: „jestem całkiem zdrowy, czuję się dobrze, pracuję jak zwykle”. Martwił się o rodzinę i kolegów, był ciekawy co dzieje się w Bieczu, jak udały się żniwa, czy wykopki. Przebywając w Auschwitz dowiedział się m.in. o tragicznej śmierci starszego brata Adama Salamona, który działał w konspiracji. W październiku 1942 roku został on zastrzelony przez gorlickiego gestapowca w Bieczu podczas próby ucieczki.

Edward w obozie w Auschwitz pracował m.in. w żwirowni wydobywając żwir z głębokich dołów, przy rozładowywaniu wagonów, rozbiórce domów po wysiedlonych, przy oporządzaniu stajni końskich, sianokosach i koszeniu zboża, młóceniu zboża i różnych pracach polowych oraz w magazynach budowlanych i kuchni. Pracując przy gotowaniu posiłków, czasem otrzymywał dodatkową porcję zupy, chleba, czy kartofli. Natomiast wykonując prace polowe czuł się chociaż przez chwilę wolnym.

Bicie było na porządku dziennym, a każdy krótki odpoczynek przy pracy, „złe” ustawienie się do apelu, niepoprawne wykonywanie ćwiczeń, czy przede wszystkim próba ucieczki kończyły się dotkliwą karą lub śmiercią. W razie gdy więzień zdołał uciec, dwudziestu przypadkowo wybranych towarzyszy niedoli z danego bloku zostawało rozstrzelanych, powieszonych lub skazanych na śmierć głodową.

Edward Salamon przetrwał wiele trudnych zdarzeń, m.in. dotkliwe pobicie, którego doznał, gdy pracował w dole kilkupiętrowego żwirowiska. Jeden z SS-manów zauważył, że był chwilowo oparty o łopatę. Wezwał go do siebie, pobił i kazał skakać kilkakrotnie z góry na dół. Gdy nie miał siły już wyjść, znów został pobity, po czym z powrotem wysłany do pracy. Innym razem przyłapany na paleniu papierosa trafił w ubraniu pod prysznic, a pobity i przemoczony został wyrzucony na zewnątrz, gdzie panowała niska temperatura. Kolejnym przykładem kary była „godzina słupka”. Polegała na tym, że Edward miał związane z tyłu ręce w przegubach cienkim łańcuszkiem, na którym zawieszono go na haku przytwierdzonym do słupów podtrzymujących dach. Wisiał na tym łańcuszku całym ciężarem 45-kilogramowego wówczas ciała.

W obozie panowały fatalne warunki higienicznie. Więźniom dokuczały pchły, wszy oraz świerzb i czyraki, a także niegojące się rany po pobiciach. Edward Salamon miał również liczne i powracające odmrożenia palców nóg i rąk, uszu i nosa. Cierpiał na niedyspozycję żołądkową, która przerodziła się w krwawą dyzenterię (czerwonkę) – obozowy durchfall. Ograniczał posiłki do płynów i skórek spalonego chleba, co i tak nie pomagało. Mimo to nie kwalifikował się do szpitala i był ciągle bity, bo przez chorobę nie był w stanie dobrze pracować. Przeżyć pozwoliła mu tylko wiara w Boga, chęć powrotu do rodziny oraz „instynkt zwierzęcy”. W końcu trafił do obozowego szpitala, gdzie udało mu się dojść do siebie pomimo braku odpowiednich lekarstw. W kwietniu 1944 roku przeszedł również operację wyrostka robaczkowego. Są to tylko jego nieliczne obozowe przeżycia, o których można dowiedzieć się z zachowanych wspomnień.

18 stycznia 1945 roku nastąpiła ewakuacja obozu, gdyż Armia Czerwona była już niedaleko. Edward Salamon, po ponad 4-letnim pobycie w Auschwitz, znalazł się w pierwszym transporcie ewakuacyjnym. Więźniowie po dwóch dniach i nocy dotarli pieszo do Gliwic. Tam załadowano ich do otwartych wagonów (po 120-150 osób w każdym). W ciągu ośmiu dni bez wysiadania, przejechali przez Czechy, Austrię i Niemcy. Transportu 4 tysięcy ludzi w strasznych warunkach (zimno, brak jedzenia i picia) nie przeżyło 1200 osób. Z więźniów, którzy pozostali przy życiu połowa była chorych. W czasie drogi otrzymali tylko dwa razy chleb, a na wagon rzucano po parę bochenków, skutkiem czego większość nic nie dostała. Celem podróży był obóz Oranienburg-Sachsenhausen koło Berlina. Edward Salamon spędził w nim 10 dni i został wywieziony do Mauthausen (około 20 km od Linzu w Austrii). Tam pracował m.in. w krematorium przy paleniu dokumentów i świadectw morderstw popełnianych na więźniach. Za czytanie tych dokumentów groziła kara śmierci. Koniec obozowej udręki zbliżał się wielkimi krokami, ale ciągle istniało niebezpieczeństwo w postaci np. zaminowania obozu, śmierci z racji „zbyt dużej wiedzy”, a także z powodu nalotów aliantów.

W Mauthausen Edward Salamon doczekał się końca wojny. 8 maja 1945 roku obóz został wyzwolony przez wojska amerykańskie. Po odzyskaniu wolności, znalazł się w Amerykańskiej Strefie Okupacyjnej. Przebywał w Memmelsdorf w okolicach Bambergu. Wahał się co robić ze swoim życiem w nowej sytuacji. Z transportem do Polski wyjechał dopiero 3 grudnia 1946 roku. Powrócił do rodzinnego Biecza, gdzie zamieszkał. Chciał żyć normalnie. Założył tu sklep tekstylny Polskiego Związku byłych Więźniów Politycznych, którego był kierownikiem. Później pracował również jako kierownik bieckiej Betoniarni. Angażował się w różne prace społeczne, m.in. w 1947 roku w ramach akcji zabezpieczenia dóbr kultury, zwoził po wysiedleniu Łemków ikony, naczynia i szaty liturgiczne z opuszczonych cerkwi do Biecza.

W listopadzie 1948 roku w Libuszy Edward Salamon poślubił Olgę z domu Hübner. Doczekali się czwórki dzieci: córek Wiesławy, Elżbiety i Marii oraz syna Kazimierza. Był kochającym mężem i ojcem, bardzo zależało mu, aby dzieci zdobyły wykształcenie. Wybudował dom, w którym zamieszkała sześcioosobowa rodzina.

Zachęcany przez swojego przyjaciela Tadeusza Ślawskiego, dyrektora Muzeum Regionalnego w Bieczu, podjął się napisania wspomnień z nazistowskich obozów koncentracyjnych. Zaczął tworzyć je przed rokiem 1960 i kontynuował w kolejnych latach. Zapiski miały charakter chronologiczny i opisywały przeżycia autora do wiosny 1942 roku. Przedstawił również co działo się z nim po ewakuacji obozu Auschwitz w styczniu 1945 roku. Najtrudniejszy okres obozowy, kiedy machina krematoryjna działała najprężniej, nie został więc przez niego zobrazowany. Niestety, ciężka choroba przerwała dokończenie wspomnień. Nie zdawał sobie sprawy ze swojej sytuacji zdrowotnej, wciąż snuł plany na przyszłość. Edward Salamon zmarł 6 lutego 1964 roku w Bieczu w wieku niespełna 45 lat na raka jelita grubego wskutek wadliwie wykonanej operacji wyrostka robaczkowego w obozie koncentracyjnym. Pochowany został na cmentarzu komunalnym w grobowcu rodzinnym Salamonów.

G.A.

Zdjęcia i dokumenty z archiwum rodzinnego P. Wiesławy Sekuły

Zdjęcie Edwarda Salamona – numer więźnia 5815 pochodzi z Archiwum Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau w O‌święcimiu

Źródła: Edward Salamon: „Wspomnienia z hitlerowskich obozów koncentracyjnych”

Wanda Kłapkowska „Słownik wychowawców i wychowanków szkół średnich w Gorlicach 1939-1945” (1998)

Skip to content